Maraton oczami podopiecznej i jej trenera

Kasia - podopieczna

Najkrócej mogę o sobie powiedzieć: Katarzyna, kobieta, Strzelec. Od prawie 3 lat dodaję, że biegam. Poza tym, zbieram słowa. Kiedyś pewien redaktor regionalnej gazety powiedział, że 10 tygodni treningów wystarczy, aby przebiec półmaraton. Zapamiętałam te słowa, trenowałam z grupą podobnych do mnie szaleńców i półmaraton przebiegłam. Biegałam potem sobie po okolicznych lasach, przebiegłam kolejny półmaraton i jeszcze jeden, aż ktoś rzucił hasło: „A może tak maraton?”. I ziarno zostało zasiane.

Miałam pobiec w 39. Marathon de Paris. Paryż jest dla mnie miejscem szczególnym. Była późna jesień. Przygotowania szły pełną parą, zbierałam kolejne słowa, w tym:   „Wow! Debiut w Paryżu. Nie to co niektórzy – Dębno…”. A potem wszystko się posypało. Zdrowie nie pozwalało mi biegać, musiałam podjąć niezwykle trudną decyzję o rezygnacji ze startu w Paryżu, co spowodowało, że wpadłam w niezły dołek. Za to otrzymałam wiele cennych słów wsparcia, często z najmniej spodziewanych stron, wiele cennych rad, które wzięłam sobie do serca. Jedną z nich było to, aby nie przerywać aktywności fizycznej.

Wtedy narodził się pomysł. Zupełnie tak jak dziecko, któremu zabiera się ukochaną zabawkę, postanowiłam sobie znaleźć nową. Coś, co sprawi, że ciągle będę marzyć o bieganiu. Postanowiłam, że w dniu, w którym skończę 42 lata i 195 dni przebiegnę 42 km i 195 m. Pomysł szalony, ale usprawiedliwiały go inne słowa: „Jeśli nie boisz się swojego marzenia to widocznie nie jest ono zbyt wielkie”. Był koniec stycznia.

Czas mijał i przyszedł moment, że znowu mogłam biegać i coś z tym pomysłem trzeba było zrobić. Znalazłam trenera, któremu wszystko opowiedziałam i była to jedyna osoba, która o wszystkim wiedziała od początku. Michał Łasiński z Motivato wysłuchał w spokoju. Chyba nie był zachwycony tym pomysłem, dorzucił słowa, których się spodziewałam, że czasu mało, ale uczepiłam się innych jego słów – że spróbujemy. A potem wymyślił mi taki plan treningowy… Może myślał, że padnę po drodze i zrezygnuję? Słowami, które towarzyszyły mi cały czas było: „tylko nie w trupa!”. Ten maraton też miał być „nie w trupa” – chciałam przebiec 30-32 km, resztę przejść z kijkami.

Michał pracował nad planem, ja nad całą resztą. To, że pomysł był szalony, nie oznaczało, że wykonanie też takie miało być. Obmyśliłam trasę – moje okolice, moje biegowe ścieżki. Postanowiłam połączyć te najciekawsze, ulubione, najczęściej uczęszczane przeze mnie, ale żadnej nie przebiec dwa razy. To one były świadkiem moich pierwszych biegowych kroków. To one słuchały często niecenzuralnych słów, to im należało się miano maratońskiej trasy. Wypróbowałam każdy metr, w różne strony, aby znaleźć najłatwiejszy profil. Testowałam żele, musy owocowe, izotoniki gotowe i własnej produkcji, pasy biodrowe, bieganie z bidonikiem w ręku, z muzyką i bez. I dalej nie mówiłam nic nikomu.

Jak to w życiu bywa, po drodze przydarzyło się wszystko. Złapała mnie silna infekcja i zaległam w łóżku z antybiotykiem. Dwa razy dopadł mnie ulewny deszcz (a deszczu nie cierpię), wiał porywisty wiatr, ścieżki pokrywały się błotem, zwalonymi drzewami, zarosły. Jestem śpiochem, a musiałam nauczyć się wstawać o świcie. Padał sprzęt, obowiązki rodzinne i zawodowe utrudniały treningi, ale trenowałam dalej, na przekór wszystkiemu.

Upływały kolejne tygodnie, a we mnie nie było stresu tylko coraz więcej radości. Czytałam przeróżne artykuły o pierwszym maratonie, przypominałam sobie wszystkie słowa usłyszane od bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów: o samotności na trasie, o bólu, o skurczach, o ścianie, o coli, rozkładaniu sił, zbyt szybkim początku… Zrobiłam badania lekarskie, odwiedziłam fizjoterapeutę, masażystkę, chodziłam na basen i do sauny. Wszystko wskazywało na to, że mój organizm dzielnie zniósł 9 tygodni ciężkich treningów, lekarz i fizjoterapeuta dali mi zielone światło, trener Michał też, choć do końca pozostał ostrożny. Dopiero wtedy, na kilka dni przed startem, powiedziałam o moim pomyśle rodzinie. Poprosiłam męża i syna o wsparcie na trasie, z samochodu i z roweru.

27 czerwca, sobota. Postanowiłam spać do oporu. Wstałam spokojna, wyspana. Na śniadanie bułka z miodem, izotonik własnej roboty, banan. Ja co chwila biegałam do toalety, mąż pakował nas jak na wojnę. Chwila skupienia, 30 minut poślizgu w stosunku do planowanej godziny startu i ruszyłam.

To teraz, to się dzieje. Trenowałam ciężko, wszystko podporządkowałam tej chwili. Przez moment chciałam, by było już po wszystkim, ale po chwili postanowiłam cieszyć się każdym krokiem. Patrzyłam na las i myślałam: hej, biegnę maraton!

Pierwsze 14 km biegłam po lesie zaczynającym się tuż koło mojego domu, ale z niezłą górką na starcie. Plan zakładał, że każde wzniesienie pokonuję marszem, aby zaoszczędzić jak najwięcej sił. Po 5 km kostka czekolady, cały czas miałam wodę z miodem. Po 10 km żel. W telefonie słyszę peptack od przyjaciółki: „Go, baby, go!” Uśmiech od ucha do ucha. Po 12 km skończyła mi się woda w bidonie. Okazało się, że piję więcej niż wcześniej, mimo iż wcale nie było ciepło. Przez moment zakręciło mi się w głowie i bałam się, że nie dobiegnę do końca. To był jedyny trudny moment.

Na 14. km, na skraju lasu, czekał na mnie mąż w samochodzie. Zmiana skarpetek na suche, spodni na krótsze, bidonu na pełen, pół banana, kostka czekolady i w drogę. Teraz 19 km asfaltem / poboczem, częściowo trasą Półmaratonu Przytok. Mąż w samochodzie z przodu, syn na rowerze obok. W pewnym momencie spotkałam przyjaciółkę. Widziała, że biegnę, podjechała z żelami, wodą, colą, ale na szczęście miałam wszystko, szybki uścisk i dalej w drogę.

Po chwili minęłam 21 km.

Trasę podzieliłam sobie w głowie na małe, kilkukilometrowe odcinki. Nie patrzyłam, ile przebiegłam, ile przede mną, tylko na to, że do „następnej wsi są 3 km”. Popijałam małymi łykami wodę z miodem, żel co 10 km, trochę bananów i sporo musów owocowych, takich dla małych dzieci. Smaczne, kaloryczne, zapełniają żołądek.

30 km. Mam kolkę. Droga jest z górki, truchtam. Przypominam sobie słowa o kolce, po chwili mija.

32 km. Jak mówił Michał – do mety zostało tylko 10 km, albo aż 10. Plan zakładał, że odtąd idę z kijkami. Ale weszłam w las, w doskonale znaną mi ścieżkę, czułam, że mam dużo sił, więc postanawiam biec.  

40 km. Wiem, że do mety tak blisko, że jeszcze parę kroków. 42 km, a ja biegnę dalej, bo droga kończy się kilkaset metrów dalej. I wtedy spadł deszcz. Jakby czekał, aż skończę.

Mąż z synem wyprzedzili mnie na ostatnich metrach, czekają na końcu drogi, wykorzystali znak drogowy i papier toaletowy, żeby zrobić szarfę, którą przerywam wbiegając na metę. Jest, prawie 43 km. Nie mam słów, by opisać, co czuję. Jestem trochę zmęczona, trochę głodna (a w domu czeka ugotowany wcześniej obiad), przepełnia mnie szczęście. Nie mam bąbli, czerwonych paznokci, jest tylko euforia. Wiem, że teraz czas na regenerację, na odpoczynek, ale ja nie chcę, nie mogę, wciąż mam tyle energii. Założyłam, że na pokonanie 42 km potrzebuję 6h30, po cichu liczyłam na 6. Bieg ukończyłam po 5h32.

Na mój sukces złożyło się wiele czynników, ale chyba najważniejszym było doświadczenie i wynikająca z niego pokora. Przed maratonem przebiegłam łącznie ok. 1500 km, w trakcie ponad 4-miesięcznej przerwy ćwiczyłam jogę, pływałam, chodziłam z kijkami. Słuchałam mojego ciała i szanowałam je. Dbałam o regenerację. Pytałam specjalistów. Doskonale znałam trasę i wiedziałam, co mnie czeka na każdym kilometrze. Nie stresowałam się innymi, szybciej ode mnie biegnącymi zawodnikami, bo ich nie było. Czułam się bezpiecznie z moimi bliskimi będącymi cały czas koło mnie.

Co mi to dało? Wiem, że mogę trudny projekt doprowadzić do końca, że mam w sobie mnóstwo samozaparcia, że jeśli mi na czymś zależy, nic nie może mnie powstrzymać. Takie banale, ale czuję to bardzo mocno. Mam tyle wiary w siebie.

Teraz, gdy mnie ktoś poprosi o przedstawienie się, powiem: Katarzyna, kobieta, Strzelec i maratonka!

Jak wygląda spojrzenie drugiej strony?

Michał - trener

Kasia zgłosiła się do mnie pod koniec kwietnia. Wiedziałem o jej wcześniejszych problemach zdrowotnych, gdyż mieliśmy wspólnie się przygotować do tego nieszczęsnego paryskiego maratonu. Jako że zanim rozpoczniemy przygotowywanie planu poprzez serwis Motivato, zawsze zbieramy chociaż krótki wywiad o podopiecznym, jego planach i celach. Kasia wiedząc jak wygląda procedura od razu przedstawiła mi swój „szalony” plan. Cieszę się że od razu podeszła do tego z pełną świadomością raz że po kontuzji nie można od razi przesadzić z treningami żeby nie nabawić się kolejnego urazu bądź odnowić starego. Dwa że była w pełni świadoma że czasu na przygotowania jest bardzo mało.

Trening rozpoczynaliśmy z początkiem maja, a przebiegnięcie dystansu maratońskiego było planowane na końcówkę czerwca – czyli mieliśmy niecałe dwa miesiące.

Moje pierwsze myśli były zdecydowanie sceptyczne do tego pomysłu bo żeby sensownie przygotować się do półmaratonu potrzebne są co najmniej 3 miesiące solidnych treningów, a tutaj była mowa o MARATONIE, dystansie dwa razy dłuższym i trudniejszym.

Najchętniej wybiłbym ten pomysł z głowy, zwłaszcza że wcześniejsza kontuzja spowodowała dosyć długą przerwę, więc podejmowanie się takiego wyzwania było tak na prawdę niemądre.

Dlaczego postanowiłem pomóc w tym szaleństwie? Bo było to marzenie, a marzenia są po to żeby je spełniać. Przypuszczam że gdybym nie pomógł to Kasia i tak by starała się je spełnić. W końcu zgłosiła się do mnie z jasno określonym celem i była zdecydowana na realizację jego. Według ostatecznie lepiej żeby tak poważny cel realizować pod kontrolą z planem i kimś kto w każdej chwili może obiektywnie ocenić sytuację i dostosować plan do aktualnej dyspozycji.

Zdecydowałem że możemy spróbować się przygotować do maratonu. Samo podjęcie realizacji planu przygotowań do maratonu nic nie kosztowało, a wiadome było, że pozytywnie wpłynie na formę sportową, Warunek był jeden z mojej strony (choć miałem świadomość, że Kasia niekoniecznie mnie posłucha :)) - realizujemy plan pod kątem maratonu, ale jeżeli nie uda nam się przygotować odpowiednio to nie będzie podejmować tej próby.

Co do samych treningów - ustaliśmy że celem jest jedynie pokonanie dystansu 42km i 195m a zatem nie musieliśmy się martwić o tempa. Trzeba było się skupić przede wszystkim na budowanie „bazy”, ogólnej wytrzymałości i siły mięśniowej. Nie oznaczało to że plan był pozbawiony elementów szybkościowych, jednak nie były one kluczowe. Z każdym tygodniem stopniowo zwiększaliśmy kilometraż. Muszę tutaj Kasię pochwalić, bo dzielnie realizowała wszystko o co ją prosiłem.

Niestety wiadomo było że czasu jest bardzo mało i tak naprawdę zabrakło nam co najmniej jednego tygodnia treningów z najdłuższym wybieganiem, tak żeby z czystym sumieniem mówić że ten maraton jest do przebiegnięcia. Najdłuższy dystans pokonany na treningu to było ok 23km, czyli troszeczkę powyżej półmaratonu. Dlatego do ostatniej chwili miałem sceptyczne myśli co do samej próby maratońskiej.

Dlaczego ostatecznie nie zniechęciłem Kasi z realizacji tego celu? Ponieważ w sporcie poza odpowiednią formą fizyczną, ważne jest nastawienie psychiczne. Kiedy jesteśmy przekonani że coś zrobimy, to nasza podświadomość nam pomoże żebyśmy tego dokonali. Poza tym Kasia zadbała o wszystko, trasa była bardzo starannie przemyślana - czas startu, kiedy w którym punkcie się znajdzie itp., mieliśmy omówioną taktykę odżywiania na trasie i co najważniejsze przez całą trasę miała kogoś kto czuwał nad nią żeby nic złego się nie wydarzyło, a gdyby coś zabolało, było bardzo ciężko, albo pojawiły się jakieś inne przeciwności losu miała przerwać próbę.

Z niecierpliwością czekałem na informację jak zakończyła się walka z dystansem maratońskim i trzymałem kciuki żeby mimo wszystko się udało i się udało, za co Kasi należą się wielkie GRATULACJE, za wytrwałość, nastawienie, konsekwencję w realizacji planów i przede wszystkim pokonanie maratonu!!!!

Jeżeli potrzebujesz wsparcia treningowego od Michała lub innego z naszych trenerów, nie ma na co czekać! Weź sprawy w swoje ręce i działaj! -> Motivato COACH